Nie mogłem spać. Ledwo jadłem. Czułem, jakby moje ciało czekało na kolejną straszną rzecz.
I pewnego dnia tak się stało.
Zaczęło się od skurczów. Potem krwawienie. Ból, który wydawał się nieprzyjemny w sposób, którego nie potrafiłam opisać.
Ktoś zawiózł mnie do szpitala. Lekarze milczeli, ich słowa były zbyt ostrożne.
Ale ja już wiedziałem.
Straciłam dziecko.
Miałem wrażenie, że moje ciało czeka na kolejną straszną rzecz, jaka ma się wydarzyć.
Nie pamiętam, żebym płakała. Pamiętam, że siedziałam tam i wpatrywałam się w ścianę, czując się kompletnie pusta, jakby coś istotnego zostało ze mnie wyrzeźbione i nic już nigdy nie będzie w stanie wypełnić tej przestrzeni.
Potem próbowałem się pozbierać.
Powiedziałem sobie, że muszę przetrwać, oddychać i przetrwać dni, nie rozpadając się.
Skupiałam się na małych rzeczach, takich jak wstawanie wcześnie rano, odpowiadanie na e-maile i krótkie spacery, podczas których mogłam poczuć powiew powietrza na twarzy.
Wtedy znów pojawił się Ryan.
Pamiętam, że siedziałem tam i wpatrywałem się w ścianę, czując się całkowicie pusty.
Wyglądał lżej i radośniej. Jak ktoś, kto już odłożył przeszłość na bok i uznał, że nie ma już znaczenia.
„Bierzemy ślub w przyszłym miesiącu” – wyjawił, wyciągając do mnie kopertę z kości słoniowej. „Wiem, że było ciężko, ale nadal jesteśmy przyjaciółmi, prawda? Mam nadzieję, że przyjdziesz”.
Przyjaciele?
Wpatrywałam się w niego, zastanawiając się, jak łatwo to słowo wyszło z jego ust. Jak szybko przepisał w głowie tę historię… taką, w której niczego nie zniszczył, taką, w której wszyscy moglibyśmy grzecznie iść dalej.
„Bierzemy ślub w przyszłym miesiącu.”
Nie sprzeciwiałem się i nie reagowałem.
Po prostu przyjąłem zaproszenie.
„Pomyślę o tym” – odpowiedziałem.
Po jego wyjściu siedziałem długo sam z kopertą w rękach.
I wtedy podjąłem decyzję.