„Och, kochanie, założę się, że uwielbiasz te długie letnie wakacje. Takie… wygodne życie.”
Albo jej ulubione powiedzenie: „To takie słodkie, że pasjonujesz się czymś, nawet jeśli to się nie opłaca”.
Kiedyś na Wielkanoc powiedziała mi przy deserze: „Cóż, chyba nie każdy da radę zrobić prawdziwą karierę. Jestem pewna, że wiesz, bo jesteś tylko nauczycielką”.
Pamiętam, jak siedziałem z widelcem w połowie drogi do ust, starając się nie zakrztusić tartą cytrynową. Powiedziała to oczywiście z uśmiechem. Zawsze z uśmiechem.
Ale najgorsze, absolutny szczyt upokorzenia, nastąpiło podczas kolacji wigilijnej. Była tam dalsza rodzina Ethana, a Karen najwyraźniej uznała, że to idealny moment na uroczyste publiczne upokorzenie.
Wszyscy siedzieliśmy przy tym pięknie udekorowanym stole, z migoczącymi światłami, migoczącymi świecami i spokojną kolędą w tle. A potem Karen stuknęła łyżeczką kieliszek wina i powiedziała na tyle głośno, by wszyscy przy stole usłyszeli: „Ethan mógłby poślubić lekarkę albo prawniczkę. Ale zakochał się w kimś, kto sprawdza dyktando. Miłość naprawdę zwycięża wszystko!”
W sali na chwilę zapadła cisza, po czym wybuchnął niezręczny, chaotyczny śmiech. To był śmiech, jaki ludzie dają, gdy nie mają pojęcia, co innego zrobić. Miałem ochotę schować się pod stołem i już nigdy nie wychodzić.
Ethan czasami interweniował, niech go Bóg błogosławi. Delikatnie ją ganił, mówiąc coś w stylu: „Mamo, to niesprawiedliwe” albo „Daj spokój, ona ciężko pracuje”. Ale Karen zawsze potrafiła to odwrócić.
„Ona jest wrażliwa” – wzdychała dramatycznie. „Chcę tylko jak najlepiej dla mojego syna”.
Zawsze mówiła tak, jakbym była dla niego ciężarem, z którym musiał się użerać, a nie kobietą, którą wybrał.
Wszystko osiągnęło punkt kulminacyjny w urodziny mojego teścia. Tata Ethana, Richard, kończył 70 lat, więc wszyscy wystrojeni udaliśmy się do ekskluzywnej restauracji wybranej przez Karen. To było miejsce z aksamitnymi lożami, menu w złotych ramkach i kelnerami, którzy patrzyli z góry na klienta proszącego o dietetyczną colę.
Karen oczywiście spóźniła się z klasą, otulona kremowym płaszczem, który wyglądał, jakby kosztował więcej niż cała moja garderoba. Jej obcasy stukały o marmurową podłogę, gdy wchodziła, a diamenty migotały na jej szyi i uszach.
„Przepraszam, kochani” – powiedziała z uśmiechem, wsuwając się na swoje miejsce, jakby wchodziła na scenę. „Musiałam wstąpić do butiku. Trzymali dla mnie sukienkę. Wiecie, jak to jest, kiedy wszystko jest szyte na miarę”.
Nie wiedzieliśmy. Ale i tak skinęliśmy głowami.
Wieczór zaczął się dobrze. Przez pierwsze trzydzieści minut zachowywała się kulturalnie. Ale gdy tylko nalała sobie drugą lampkę wina, poczułem zmianę. Odchyliła się na krześle, zamieszała ciemnoczerwony płyn w kieliszku i obdarzyła mnie tym uśmiechem, którego tak bardzo się obawiałem.
„No więc, Emily” – powiedziała, przechylając szklankę w moją stronę – „jak tam… życie w klasie? Nadal kształtujecie młode umysły?”
„Tak” – odpowiedziałem, starając się zachować spokój. „W tym semestrze czytamy „Wielkiego Gatsby’ego”.
Uniosła brwi, jakbym powiedział, że rozbieramy Biblię na części.
„Och, wspaniale” – powiedziała z uśmiechem. „Uczysz ich o biednych ludziach udających bogatych. Jakże to do nich pasuje!”
Zaśmiałem się cicho, bo co innego mogłem zrobić? Ethan sięgnął pod stół i delikatnie ścisnął moje kolano.
Karen nie skończyła.
„Wiesz” – powiedziała, zwracając się teraz do reszty stołu – „zawsze uważałam nauczanie za bardziej hobby niż zawód. Przecież każdy, kto ma cierpliwość i kilka kredek, może to zrobić”.
„Mamo” – powiedział Ethan ostro – „dość”.
Ale machnęła ręką, wciąż się uśmiechając. „Tylko mówię! To słodkie, że jej się to podoba. Chociaż wyobrażam sobie, że to musi być trudne, stać cały dzień za… no, czterdzieści tysięcy rocznie? Chyba bym zwariowała”.
Odpowiedziałam spokojnym głosem: „Właściwie zarabiam więcej”.
Karen jęknęła, kładąc wypielęgnowaną dłoń na piersi. „O! Pięćdziesiąt?”
„Sześćdziesiąt dwa” – powiedziałem.