To było jak patrzenie na kogoś pstrykającego przełącznikiem. W jednej chwili była pełna życzliwości i troski, a w następnej jej oczy stały się zimne.
Jeśli w moim pokoju panował bałagan, teatralnie drapała się po nosie i nazywała mnie niechlujem. Jeśli chodziłem po domu ze słuchawkami w uszach, nazywała mnie niegrzecznym bachorem.
A gdy zabrakło jej obelg, wracała do swojej ulubionej: „Jesteś taki bezużyteczny”.
Teatralnie drapała się po nosie i nazywała mnie niechlujem.
Każdy komentarz był jak małe skaleczenie – nie na tyle głębokie, by pociągnąć za sobą krew, ale wystarczająco bolesne. Na tyle silne, by zwątpić w siebie.
Czy naprawdę byłem taki zły? Czy robiłem coś źle?
Kiedyś próbowałem powiedzieć o tym ojcu.
„Ona jest dla mnie naprawdę okrutna, kiedy cię nie ma w pobliżu” – powiedziałem ostrożnie.
Zmarszczył brwi.
Każdy komentarz był jak małe skaleczenie.
„Amanda? Była dla ciebie po prostu dobra.”
Za nim pojawiła się Amanda, a na jej twarzy malował się niepokój.
Jak ktoś może poruszać się tak cicho? Wyglądało, jakby czekała na ten moment.
„Co się stało, kochanie?” zapytała.
Spojrzałem na nią, potem na niego i od razu wiedziałem, że nic, co powiem, nie będzie miało znaczenia.
Niedługo potem się zaręczyli. A potem poczułam się zraniona.
Amanda pojawiła się za nim.
W dniu, w którym upadłem, wysłała mi listę.
„Te prezenty trzeba odebrać dzisiaj. I nie ociągaj się!”
Padał gęsty śnieg. Chodniki były śliskie od lodu, a powietrze tak ostre, że szczypało mnie w płuca.
Kiedy wracałem, moje ramiona były pełne ciężkich pakunków. Zbyt pełnych, szczerze mówiąc. Musiałem przechylić głowę na bok, żeby widzieć, dokąd idę.
Wtedy się poślizgnąłem.
Chodniki były śliskie od lodu.
Noga mi się wyślizgnęła.
Już straciłem równowagę przez te paczki i upadłem mocno. Wylądowałem plecami w śniegu.
Moja noga płonęła, a moje ramię… wszystko bardzo bolało.
Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, zanim straciłam przytomność, jest myśl, że Amanda nigdy by mi nie wybaczyła, gdyby jej paczki uległy uszkodzeniu.
Noga mi się wyślizgnęła.
Obudziłem się w pokoju szpitalnym, otoczony jasnymi światłami i piszczącymi urządzeniami.
Moja ręka była ciężka, jakby ktoś przywiązał do niej ciężarki. Moja noga nie chciała się ruszyć.
Podniosłem głowę i zobaczyłem gips: jeden na ręce i jeden na nodze.
Wtedy Amanda pochyliła się nade mną.
Jej szczęka była zaciśnięta, a oczy przymrużone.
Obudziłem się w pokoju szpitalnym.
„Nie myśl, że ten mały wybryk uwolni cię od obowiązków” – syknęła. „I tak zdążysz przygotować wszystko na kolację przedślubną i ślub”.
Zamrugałem. Czy ona mówiła poważnie? Ledwo mogłem jasno myśleć.
„Och, nie patrz tak na mnie”. Wyprostowała się. „Nic ci nie jest. Nie bądź taki bezużyteczny”.
Dobrze. Jasne. Bo złamane kości to przecież nic, jak widać.
Ledwo mogłem jasno myśleć.
Kiedy wróciliśmy do domu, poszła przede mną po schodach.
Stałam tam, trzymając się poręczy zdrową ręką i starając się nie płakać. Każdy krok wydawał się niemożliwy.
Jak miałem to zrobić?
Nie odwróciła się.
Ale najgorsze nadeszło później, kiedy tata wrócił do domu.
Każdy krok wydawał się niemożliwy.
Zmarszczył brwi, gdy mnie zobaczył.